Szukaj

Uwolnij się.

Blog o uzależnieniu od seksu i pornografii.

W jaki sposób zmotywować się do działania?

Postawmy sprawę jasno. Jeśli chcesz wygrać z tym nałogiem, musisz mieć motywację. Motywacja nie jest czymś, co spada na nas jak manna z nieba. Motywacja to coś, co możemy i musimy aktywnie tworzyć w swoim życiu, poprzez własne działania i sposób myślenia.

W systemie The Mindful Habit, w którym pracuję, dużo mówi się o motywacji. Jest taki cytat, na który często lubię się powoływać:

„Motywacja jest jak woda, potrzebujesz jej każdego dnia”

Ale gdzie i w jaki sposób można ją dostać?

Po pierwsze, musimy zdać sobie sprawę, że wszystkie istoty biologiczne (także ludzie), kierują się w swoim istnieniu bardzo prostą regułą – podążają w kierunku przyjemności i unikają cierpienia. Wszyscy chcemy mieć więcej przyjemnych doświadczeń w życiu i mniej cierpienia. Ale jako skomplikowane, świadome istoty ludzie mają jeden atut – sami określają, co jest dla nich przyjemne, a co bolesne, poprzez tworzenie skojarzeń. Skojarzenia są myślami i obrazami w naszym umyśle, połączonymi z pewnymi działaniami. Jak to jest, że jedna osoba jest w stanie radośnie wstać o 4:00 każdego ranka żeby biegać, a ty tego nienawidzisz? Dzieje się tak, ponieważ ta osoba stworzyła pozytywne skojarzenia ze swoim nawykiem biegania, podczas gdy ty prawdopodobnie myślisz, że to okropna sprawa, musieć wstawać tak wcześnie. Ta osoba wyobraża sobie, jak wspaniale i wyzwalająco podziała na nią poranne bieganie, jak dobry będzie mieć dzięki temu dzień. Stworzyła sobie ona inny styl myślenia. Myśli o rezultacie, o swoim zdrowiu i pozytywnych rzeczach, jakie bieganie wniesie do jej życia.

Lubię nazywać tą metodę byciem motywowanym przez marchewkę. Łączymy przyjemne i pozytywne skojarzenia i obrazy z działaniami, które chcemy wzmocnić i utrzymać w naszym życiu. W ten sposób możemy tworzyć swoją motywację.

Jest jeszcze inna metoda, którą nazywam byciem motywowanym batem. Ta sama osoba, mogłaby sobie wyobrazić np. co się stanie jeśli nie będzie w ogóle biegała. Mogłaby sobie wyobrazić jak chodzi zniedołężniała, stara i niesprawna, zbolała i bezsilna. Mogłaby wyobrazić sobie całkowity brak energii i szczęścia w swoim życiu. Obraz cierpienia w jej umyśle będzie motywował ją do celu, którym jest bieganie. Metoda ta sprawdza się równie dobrze, co pierwszy sposób.

Ale jest jeszcze coś,  co wykracza poza prosty schemat myślenia o przyjemnych i negatywnych konsekwencjach. Badania wykazały, że jeśli myślimy o swoich celach tylko w kontekście „nagrody”, którą otrzymamy po ich dokonaniu, to motywuje nas to jedynie krótkoterminowo. Jest jednak coś, co pozwala utrzymać nieustającą motywację, co wiąże się z naszą naturalną ciekawością. Korzystanie z naszej naturalnej ciekawości oznacza, że zamiast skupiać się na efekcie, skupiamy się na przyjemności płynącej z samego działania. Podam prosty przykład. Pewna osoba wyznacza sobie cel, aby wejść na górę w ciągu 3 godzin. Maszeruje szybko, zerkając na zegarek i po 3 godzinach wreszcie jest na górze. Osiągnęła cel i to jest koniec jej motywacji. Druga osoba natomiast, może po prostu cieszyć się aktem wspinania. Postanawia wyruszyć w góry i doświadczyć ich piękna w pełni. Jest to znacznie bardziej naturalny i przyjemny proces eksploracji. Idąc, wsłuchuje się w naturę, ogląda widoki, cieszy się zapachami. Wtedy, gdy ta osoba osiągnie jeden szczyt, ma ochotę iść i doświadczać dalej. Może rozejrzeć się dookoła i wybrać nową drogę, aby sprawdzić, co tam jest. I tak w nieskończoność. Skupia się na radości z działania, a nie samych skutkach, mając szerszy, zrelaksowany, uważny stan umysłu, co stwarza głębsze i dłużej trwające zaangażowanie, przekładając się bezpośrednio na długoterminową motywację.

Czy to oznacza, że nie powinniśmy używać pierwszych dwóch typów motywacji które opisałem? Nic z tych rzeczy! Uważam, że powinniśmy motywować się przy użyciu każdej z tych technik. Myśląc o wynikach i skutkach naszego postępowania, zanim je rozpoczniemy, może spowodować, że faktycznie się przełamiemy i zaczniemy coś robić – aby następnie skupić się na poszukiwaniu i znajdowaniu radości w samym działaniu.

Jeśli chcesz uwolnić się od nałogu, na twoje zdrowienie powinno składać się budowanie wielu pozytywnych, zdrowych nawyków. Nie chodzi tylko o to, aby przestać coś robić – dużo ważniejsze jest, co robisz zamiast tego. Używaj tych motywacyjnych wskazówek aby zaangażować się w zdrowe, przynoszące szczęście działania, a ostatecznie wygrasz walkę o zdrową seksualność!

Pozdrawiam,

Feniks.

Jaki rodzaj terapii wybrać?

Witam serdecznie,

Badania dowodzą, że różne metody terapii mają podobną efektywność – najistotniejsze są czynniki niespecyficzne, takie jak relacja z terapeutą czy choćby to, na ile dana metoda nam odpowiada. Dlatego tak ważne jest, abyśmy odnaleźli kogoś, z kim możemy nawiązać relację opartą na głębokim zaufaniu, a także dobrali metodę odpowiednią dla swoich potrzeb.

Być może na pewnym etapie waszej podróży, doszliście do wniosku, że chcecie sięgnąć po pomoc profesjonalisty, aby przyspieszyć swój proces zdrowienia. Jest to jedna z najlepszych decyzji jakie możecie podjąć. Ten post ma za zadanie przybliżyć wam różne metody terapeutyczne i ułatwić taki świadomy wybór. Pamiętajcie, że zawsze macie prawo zapytać się terapeuty, w jakim paradygmacie pracuje. Najbardziej popularne paradygmaty to: psychodynamiczny, poznawczo-behawioralny, humanistyczny, systemowy, integracyjny. Każdy paradygmat to trochę inny sposób patrzenia na świat i człowieka – posiada własne dla siebie, odrębne metody, terminologię i cele. Czy to znaczy, że mamy więcej niż „jedną” psychologię człowieka? To trudne pytanie – niektórzy odpowiedzieli by, że jest tyle psychologii, ilu ludzi, inni powiedzą, że natura ludzka jest jedna, a my mamy różne fragmenty układanki, które stopniowo łączą się w całość.

Psychoterapia psychodynamiczna

Badamy nieświadomość. To co nieświadome rządzi naszym życiem i komunikuje się ze świadomością za pomocą symboli. Badamy zatem te symbole – przyglądamy się snom, skojarzeniom, baśniom. Obserwujemy przeszłość i to, jak kształtowało się nasze życie psychiczne na różnych etapach rozwoju. To uświadomienie tego, co wcześniej było nieświadome, ma wywołać głębokie zmiany w naszej osobowości i funkcjonowaniu.

Psychoterapia poznawczo-behawioralna

Tutaj pracujemy głównie z naszymi sposobami myślenia i działania. Obserwujemy swoje nawyki myślowe, emocjonalne, nawyki zachowania. Często dostajemy zadania domowe nad którymi będziemy pracować. Nie skupiamy się na swojej historii bardziej, niż jest to konieczne do stworzenia jasnego obrazu rozkładu nagród i kar, a także pętli nawyków u osoby poddającej się  leczeniu.

Psychoterapia humanistyczna

Człowiek dąży do samoaktualizacji. Co to znaczy? Że mamy pewien potencjał, którego z jakichś względów być może nie realizujemy. Być może dlatego, że nie zaspokoiliśmy swoich bardziej bazowych potrzeb? Samorozwój dokonywany jest poprzez wgląd w swoją naturę i przekraczanie ograniczeń z przeszłości. Terapeuta w tym paradygmacie może dzielić się swoimi doświadczeniami, przytulić, pokazuje „bardziej ludzką twarz”.

Psychoterapia systemowa

Człowiek funkcjonuje w pewnym systemie wzajemnych zależności. Posiadamy pewne schematyczne relacje z bliskimi, które tworzą zdrowie bądź patologię. Aby dojść do zdrowia, nie wystarczy pracować z jednostką, ale z całym systemem rodzinnym, aby nie odtwarzał tych samych sytuacji.

Psychoterapia integracyjna

Terapeuta korzysta zarówno z metod poznawczo-behawioralnych, humanistycznych, systemowych jak i psychodynamicznych. Skupia się na relacji terapeutycznej i dopasowuje metody do potrzeb pacjenta.

Mam nadzieję, że ułatwi wam to wybór!

Moja przygoda z minimalizmem

Czym jest minimalizm?

Odpowiem swoimi słowami. Minimalizm jest trendem, a w zasadzie filozofią życiową stojącą w opozycji do galopującego konsumpcjonizmu współczesności. Jego podstawowe założenia można scharakteryzować zdaniem: „unikaj zbędnych rzeczy”. Minimaliści postanawiają stawiać na jakość, nie na ilość. Co zatem jest zbędne? To pytanie, który każdy z nas musi sobie postawić sam. Ale jak zwykle, oferuję kilka drogowskazów:

  1. Zanim coś kupisz, zadaj sobie pytanie – czy ten przedmiot wniesie nową wartość w moje życie? Czy kolejna płyta, kaseta, gra, ciuszek spowoduje jakąkolwiek różnicę w jakości naszego życia?
  2. Pomyśl co jest naprawdę dla ciebie istotne. Wiele osób poda za przykład rodzinę. Jeśli tak, to czemu nie poświęcić jej więcej czasu, zamiast angażować się w kolejny zawodowy projekt? Stawiaj na jakość tych kontaktów. Pomyśl co jest niezbędne, a co faktycznie wniesie więcej szczęścia do twojego życia.
  3. Nie stawiaj sobie tysiąca celów na raz. Nie zaczynaj stu nawyków. Prawdziwe zmiany są dokonywane krok po kroku. Skup się na mniejszej ilości rzeczy, ale zrób je dobrze. Zrób je tak, aby przyniosły ci satysfakcję i wniosły coś do twojego życia.
  4. Zastanów się, ile z rzeczy które posiadasz używałeś w ciągu ostatniego miesiąca? Jeśli nie wykorzystujesz ich na codzień, istnieje duża szansa, że nie są ci niezbędne. Pomyśl nad inną kwestią – gdyby właśnie teraz wybuchła wojna i miałbyś jedną dużą walizkę, co byś do niej zapakował? To daje perspektywę na najistotniejsze dla ciebie rzeczy. Rzeczy z którymi w jakiś sposób jesteś związany lub dają ci szansę na przetrwanie.
  5. Zamiast kupować kolejne rzeczy czy robić wycieczki do centrum handlowego, poświęć drugiej osobie chwilę swojego czasu i pełną uwagę. Wybierz się na wspólną wyprawę czy spacer. Odkryjcie coś nowego. Obserwuj swoje nawyki wypełniania pustki życiowej przedmiotami.

Czemu minimalizm?

Żyjemy obecnie w czasach przeładowania informacjami. Ilość informacji które musi przyswoić nasz mózg, nie tylko w toku nauki, ale także, poprzez korzystanie z wszelkiego rodzaju mediów – telewizji, komputera, radia, telefonu – stwarza bezprecedensową sytuację. Nigdy w historii ludzki mózg nie był stymulowany taką ilością bodźców. Do czego to prowadzi? Po pierwsze, coraz ciężej jest nam się skupić na wykonywanych zadaniach. Przyzwyczajenie do rozpraszania się telefonem komórkowym czy komputerem powoduje, że odrywamy się od codziennych zajęć i nie potrafimy zogniskować uwagi na jednej czynności. Zaburza to nie tylko nasze funkcjonowanie w pracy, ale też funkcjonowanie w relacjach z innymi, które wymagają od nas poświęcenia swojego czasu i uwagi.

Minimalistyczne życie przynosi ogromną ulgę i spokój każdej osobie która go spróbowała. Znika większość stresu i napięcia spowodowanego „przytłoczeniem” sprawami które mamy do załatwienia bądź ilością rzeczy które posiadamy. Człowiek bardziej zrelaksowany cieszy się mocniej z relacji i nawiązuje głębsze więzi. Nie jest to jednak zmiana natychmiastowa. Minimalistyczny styl życia to coś, co wypracowuje się stopniowo – pomysł – rzucę wszystko i wyjadę w Bieszczady – to w większości wypadków jedynie wyraz frustracji i bezsilności a nie realny plan zmiany swojego życia na lepsze.

Kolejnym ważnym plusem minimalistycznego życia są oszczędności finansowe. Zamiast wydawać pieniądze na kolejny zbędny gadżet, możemy zachować je na koncie i zainwestować w przyszłość – czy to będzie plan emerytalny, czy odkładanie pieniędzy na lokacie na studia naszych dzieci, czy oszczędności na podróż życia – każdy z tych sposobów wydawania pieniędzy przyniesie nam o wiele więcej satysfakcji i da więcej wewnętrznego spokoju, niż tracenie tych pieniędzy na nieistotne drobiazgi.

Moja droga do minimalizmu:

Zainspirowany artykułem ze strony zenpencils: https://zenhabits.net/the-minimalist-principle-omit-needless-things/ zacząłem własną przygodę z minimalizmem.

Ze wstydem muszę przyznać że przez długi czas miałem problem z kupowaniem zbyt dużej ilości rzeczy. Jestem raczej osobą która ma zbyt wiele pomysłów niż zbyt mało i wydawanie pieniędzy na fanaberie przychodzi mi lekką ręką. W związku z tym przez lata zgromadziłem setki nieprzeczytanych książek które walają się na półkach, wiele instrumentów muzycznych, na których nie gram wcale lub używam ich sporadycznie i całą masę innych pierdółek, które zaczęły przytłaczać mnie do tego stopnia, że wolałem spędzać czas poza swoim pokojem niż w środku. Od dawna czułem że czas coś z tym zrobić i minimalizm okazał się na to odtrutką. Podaję listę kroków które wykonałem dla zainteresowanych:

  1. Pozbyłem się portfela. Zamiast nosić gruby wypchany banknotami portfel noszę teraz jedynie wąski pokrowiec na karty kredytowe i dokumenty. Jeśli potrzebuję gotówki wypłacam ją z bankomatu. To czego nie wydam odkładam do słoika z oszczędnościami. To rozwiązanie ma swoje plusy i minusy. Plus jest taki, że mój portfel w nowy wydaniu zajmuje zdecydowanie mniej miejsca i są w nim jedynie niezbędne rzeczy. Wyrzuciłem wszystkie karty członkowskie i inne zbierające punkty których i tak nigdy nie wydam na nic. Wygląda to też o wiele bardziej estetycznie niż wypchana grubym portfelem kieszeń. Minusy są dwa: po pierwsze drobne i banknoty trzymam w kieszeni, przynajmniej dopóki nie wylądują w słoiku. Niektórym mogłoby to przeszkadzać. Po drugie, płacenie kartą czyni wydawanie pieniędzy bardzo łatwym – łatwo też stracić kontrolę nad swoimi finansami. Stąd jest to rozwiązanie niedoskonałe i wymagające dużo rozwagi z mojej strony.
  2. Zrobiłem listę 108 rzeczy które są mi absolutnie niezbędne. Wyłączyłem z nich posiadane kolekcje (jak książki i płyty CD/DVD). Zacząłem też stopniowo wyprzedawać wszystkie nadmiarowe rzeczy – stare telefony, nieużywany sprzęt, nieużywane instrumenty muzyczne. Z częścią niełatwo było mi się rozstać ale zawsze po wszystkim czułem ulgę, że w moim życiu jest teraz więcej miejsca i radość, że ktoś będzie z nich faktycznie korzystał. Do wystawiania polecam OLX.pl , jest to prosty bezpłatny sposób na pozbycie się zbędnych rzeczy. Założyłem, że będę dążył do zredukowania liczby swoich rzeczy do tych 108 które uznałem za niezbędne. Z czasem rozważam także sprzedanie swojej kolekcji książkowej i ograniczenie jej do paru najważniejszych, niezbędnych mi tytułów.
  3. Pozbyłem się starych i zbędnych ciuchów. Oddałem je na czerwony krzyż. Pojemniki znajdują się w każdym mieście. Polecam jeśli nie są to drogie rzeczy o których wiemy, że mogą się sprzedać. Inne rozwiązanie to sprzedać je do sklepu z używaną odzieżą. Podobnie zrobiłem z wieloma starymi ksiąkami – część sprzedałem do antykwariatu, a te których nie chcieli przyjąć, oddałem do miejskiej biblioteki aby inni z nich korzystali.
  4. Ograniczyłem ilość projektów w które jestem w jednym momencie zaangażowany. To wywoływało największe poczucie przytłoczenia. Wciąż staram się rozwijać w kluczowych dla mnie sferach życia i nie zaniedbuję obowiązków, wciąż rozwijam swoje pasje, ale stawiam sobie małe, osiągalne cele w każdym tygodniu. Przykładowo, zamiast na raz pisać ebooka, tworzyć webinary, bloga i własny kanał youtube, zdecydowałem, że najpierw będę pracował nad nawykiem tworzenia postów na blogu raz w tygodniu. Uproszczenie zabieganego nowoczesnego życia nie jest łatwe, ale zaczyna się od ustalenia swoich priorytetów i wyznaczenia sobie racjonalnych celów w jednostce czasu jaką posiadamy. To co robię staram się robić w najlepszy możliwy sposób, zamiast zastanawiać się nad tym, jak nadążę za kolejną setką rzeczy do zrobienia.
  5. Unikam przeładowania bodźcami. Od lat nie oglądam telewizji. Najważniejszych rzeczy i tak dowiaduję się od przyjaciół bądź z radia. Staram się ograniczyć napływ informacji do książek które aktualnie czytam i muzyki. Jeśli chodzi o książki, to staram się czytać jedną książkę na raz ale jest to nawyk nad którym muszę jeszcze sporo popracować, bo umysł automatycznie chce jeszcze skakać po różnych tematach. Nie spędzam godzin przed komputerem na graniu czy oglądaniu seriali. Co nie znaczy, że tego wcale nie robię! Przeznaczam odrobinę czasu na relaks w ten sposób co kilka dni, ale staram się aby to absolutnie nie zdominowało mojego sposobu spędzania wolnego czasu. Zamiast tego ćwiczę, staram się pisać, tworzyć, pójść w nowe miejsce, zająć się grą na instrumencie czy spotykać z ludźmi. Wnosi to o wiele więcej szczęścia do mojego życia niż kolejny odcinek czy sezon serialu.

Minimalizm ma szczególne znaczenie dla osób pragnących wyjść z nałogu. Po pierwsze dlatego, że pozwala na zgromadzenie finansów koniecznych do zdobycia odpowiedniej profesjonalnej pomocy. Po drugie dlatego, że potrzebna jest nam wewnętrzna przestrzeń, siła i spokój, aby zmienić swoje życie i schematy myślenia. Po trzecie dlatego, że bezpośrednio uderza w źródło wszystkich nałogów – unikanie kontaktu z samym sobą.

Nie sugeruję tu, że każdy musi dostosować się do powyższych zasad. Ale jeśli czujesz się przeładowany informacjami – podobnie jak ja – to może być świetne wyjście ze swoich problemów. Jeśli chcesz dowiedzieć się więcej o tym jak rozpocząć minimalistyczne życie, z chęcią o tym z tobą porozmawiam: meetme.so/adriansztobryn

Feniks.

Co jest nie tak z porno?!

Cześć wszystkim,

W pierwszym poście chciałbym wyjaśnić sens tego bloga, a ten rozbija się właśnie o pytanie postawione w temacie. Co jest nie tak z porno? Przenikanie pornografii do kultury masowej i seksualizacja społeczeństwa są zjawiskami na które nie da się już przymykać oczu – podobnie jak komputeryzacja, stały się częścią naszego codziennego funkcjonowania.

Patrząc szerzej, jesteśmy społeczeństwem konsumpcyjnym. Co za tym idzie, konsumujemy najróżniejsze produkty, zarówno w restauracjach, jak i siedząc przed telewizorem, albo czytając kolejną książkę. Nie byłoby w tym nic złego, wszak konsumować trzeba, gdyby nie fakt, że dla wielu ludzi nieświadoma konsumpcja staje się sensem istnienia. Pochłonięci konsumowaniem i światem zewnętrznym rzadko mamy okazję zajrzeć do wewnątrz i przyjrzeć się, czy nie ma tam przypadkiem jakichś cennych rzeczy wartych uwagi. Formułując sprawę trochę mądrzej – świat zjawisk odciąga nas od nas samych, od naszej wewnętrznej prawdy. I łatwo się w nim zagubić.

Argument numer dwa brzmi: łatwe rozwiązanie nie zawsze jest najlepsze. O wiele łatwiej jest odpalić stronę porno i rozładować swój popęd seksualny w ten sposób, niż zbudować trwałą relację z drugą osobą. Jest to też dużo łatwiejsze niż poderwanie dziewczyny na dyskotece. W ten sposób pokolenie młodych mężczyzn uczy się, że nie muszą się starać, bo w razie co, mają na wyciągnięcie ręki (dosłownie) mniej stresujące rozwiązanie. Porno stymuluje lenistwo.

Argument trzeci jest oczywisty: istnieje grupa ludzi, która jest podatna na uzależnienia, a pornografia, podobnie jak alkohol i papierosy czy hazard, jako coś ekscytującego i rozładowującego napięcie, na dłuższą metę może uzależnić. Szukanie coraz silniejszych bodźców seksualnych, kiedy znudzi nam się „zwyczajna” pornografia prowadzi do zmiany preferencji seksualnych, często na takie, które są niespójne z naszym obrazem siebie. Wpływ pornografii na grupę ryzyka jest ogromny i mam z nim do czynienia na codzień, ale nie na tym chciałbym skoncentrować swoje rozważania – z założenia ten blog ma być dla wszystkich.

Argument czwarty: przemysł pornograficzny nie jest dostatecznie uregulowany. W efekcie aktorzy narażeni są często na niehigieniczne warunki, przekraczanie granic tego, na co się zgadzają, a także, rzecz jasna, na utratę zdrowia i życia. W najlepszych firmach badania na HIV dokonywane są co 2 tygodnie, co daje pewne poczucie bezpieczeństwa, natomiast absolutnie nie zapobiega rozprzestrzenianiu się tej choroby. Podsumowując: ktoś może umrzeć dla twojej przyjemności.

Argument piąty: istnieje powiązanie pomiędzy zaburzeniami erekcji, a intensywnym korzystaniem z pornografii. Wiąże się to z ilością bodźców i stymulacją, jaką film pornograficzny wywołuje w osobie go oglądającej – nawet najbardziej wyuzdany seks słabo będzie z tym konkurował ze względu na: a) zblizenia kamery, tak aby uzyskać najbardziej podniecające ujęcie, b) make-up gwiazdek i obróbkę graficzną materiału, c) używaną przez aktorów viagrę i inne środki, co wpływa na długość aktu.

Argument szósty: to co nieświadomie konsumujemy wpływa na nasz sposób patrzenia na świat. W tym sensie oglądanie pornografii może wpłynąć na posiadanie nierealistycznych oczekiwań wobec seksu i związków.

Teraz zastanów się, w co ty chciałbyś zainwestować swoją energię seksualną? W naprawdę fajny seks, ze swoją partnerką, czy w oglądanie innych ludzi uprawiających go przed kamerą (którzy niekoniecznie muszą się dobrze bawić)? Dokonaj świadomych wyborów. Tak samo jak z jedzeniem, paleniem czy piciem. Zastanów się do czego dążysz i czy twoje wybory są spójne z twoim celem. Jak to, co konsumujesz wpływa NA CIEBIE (wszak nie na każdego wpływa to tak samo)? Każdy ma swoją ścieżkę do zdrowej seksualności, zachęcam tylko, aby każdy krok na niej, był świadomym wyborem i ostatecznie wyborem, który sprawi, że w twoim życiu pojawia się więcej szczęścia. Tego chyba wszyscy jako ludzie potrzebujemy.

50 twarzy WTF?

Witam serdecznie moich drogich czytelników,

Dzisiejszy temat jest troszkę nieświeży, ale postanowiłem zmierzyć się z nim ponownie na łamach tego bloga. Chodzi mianowicie o moje doświadczenia z ekranizacją filmu „50 twarzy Greya”. Podobnie jak książka, film okazał się wielkim hitem, zarabiając w sumie ponad 158 milionów dolarów. Wydanie książki stało się swojego rodzaju punktem przełomowym, po którym nastąpił wysyp podobnych powieści na sklepowe półki. Nie przypominam sobie, żeby przed wydaniem „50 twarzy” była w Empiku oddzielna kategoria z literaturą erotyczną (jeśli była, niech ktoś mnie poprawi).

Film opowiada o relacji sado-masochistycznej dodając do tego absurdalną w moim odczuciu romantyczną oprawę. Naprawdę miałem ochotę momentami uderzać głową o ścianę. Zacznijmy od samej postaci głównego bohatera. Młody milioner, który w świat seksu został wprowadzony przez bardziej doświadczoną pedofilkę, wydaje się chodzącym kłębkiem problemów (na temat problemów osobowościowych tej postaci mógłbym napisać osobny artykuł). Obawiający się emocjonalnej bliskości, kontrolujący każdy aspekt życia swojej partnerki Grey staje przed dylematem związanym z miotającymi nim emocjami. Nie mniej problematyczną jednostką wydaje sie jego kochanka-dziewczyna Anastasia, od której bije zaniżone poczucie własnej wartości i która wyraźnie cierpi wskutek relacji w którą się wpakowała. W jakiś sposób wydaje mi się, że jest to historia o bardzo zwyczajnej dziewczynie próbującej naprostować drogi złego chłopca. W najgorszym wypadku, może zostać to odebrane jako historia sugerująca, że da się naprawić swojego oprawcę.

W związki nie po to się wchodzi, żeby kogoś zmieniać, to po pierwsze. Po drugie, jeśli ktoś przekracza nasze granice i nie czujemy się dobrze ani bezpiecznie, sami powinniśmy szukać pomocy, a nie próbować pomagać osobie, która nas krzywdzi. W „50 twarzach” mamy wielokrotnie do czynienia z sytuacją, w której akt seksualny jest dokonywany bez entuzjastycznej zgody partnerki. Anastasia sprawia wrażenie skonfudowanej i przestraszonej sytuacją. To nie jest środowisko do zdrowego seksu, to nie jest obupólna zgoda. W przypadku braku entuzjastycznej zgody można mówić o napaści, albo przemocy seksualnej. Popychanie do rzeczy na które dana osoba nie jest gotowa i nie dbanie o nią emocjonalnie po wszystkim nie jest częścią jakiejkolwiek zdrowej relacji seksualnej. Także panowie, naciskający na swoje partnerki/żony – kiedy kobieta mówi „tak!” to znaczy tak. W innym przypadku jest to przekraczanie jej granic, albo wykorzystywanie momentu niepewności. Warto na to zwrócić uwagę.

Cała ta historia robi na mnie dość smutne wrażenie. Film został wypuszczony do obejrzenia od 12 roku życia. Bez wątpienia jest to film z gatunku tych bardziej erotycznych. Co więcej, występuje tam zerotyzowana przemoc i spektrum problemów o których ktoś bez podstawowej wiedzy psychologicznej nie ma zielonego pojęcia. Czy 12 latek albo 12 latka, która w naszym kraju legalnie nie może jeszcze nawet uprawiać seksu (a prawdopodobnie dopiero wchodzi w okres dojrzewania), ma zasoby intelektualne i emocjonalne, żeby właściwie zrozumieć ten film? Raczej nie. Dostaje natomiast sygnał, że to co widzi jest fajne i jest w porządku. Czy można mówić o promowaniu w ten sposób agresji seksualnej? Myślę że tak. Problem jest bardzo szeroki, bo mamy przecież też do czynienia z brutalnymi filmami akcji dostępnymi dla dzieci w podobnym wieku. Wydaje mi się, że zrozumienie siebie (własnych potrzeb, preferencji, tego na co się zgadzamy, a na co nie w swoim życiu i do czego chcemy dążyć w związkach), wymaga czasu. 12 rok życia to na to ciut za wcześnie, prawda? A jeśli nie ma świadomej refleksji, to jedyne co może pozostać, to bezmyślne naśladownictwo. W efekcie komuś może stać się krzywda. Oczywiście ogromnie wiele zależy od wpływu rodziny, warunków rozwojowych czy naszych czynników osobowościowych, ale nie można zupełnie wykluczyć roli jaką gra modelowanie społeczne w kształtowaniu się jednostki. Szczególnie jeśli rodzina nie za wiele ma w kwesti wzorców czy tym bardziej zdrowej seksualności do przekazania.

Z drugiej strony, film może stać się inspiracją do odkrycia nieznanych dotąd aspektów siebie osobom, będącym w stabilnych, dojrzałych relacjach. Mówi się, że seks jest „placem zabaw” dla dorosłych – poprzez seks możemy wchodzić w różne role, odkrywać i wyrażać uśpione na codzień aspekty swojej osobowości. Zasadniczo ma to w moim odczuciu rolę terapeutyczną i rozwijającą, o ile kontekst jest właściwy – to znaczy nie mamy do czynienia z odreagowywaniem przeszłych traum (jak w „50 twarzach”…), dysocjacją poprzez seks, a wszystko toczy się w otoczce poczucia bezpieczeństwa i dbania o siebie nawzajem. W „50 twarzach Greya” mamy odwrotna sytuację – tak jak wspomniała Lacey Green w swoim filmiku, z którego bezczelnie zapożyczyłem tytuł tego artykułu – kontrakt był przez Greya wielokrotnie łamany, a granice jego kochanki przekraczane.

Co w kwestii seksualności jest normą, a co nie?

Zdrowy rozsądek kazałby twierdzić, że jeśli mamy do czynienia z dwójką dorosłych, świadomych swoich wyborów ludzi i nikomu nie dzieje się krzywda, to co robią jest ich sprawą i nie można tu mówić o patologii. Pozostaje jednak pytanie, co powoduje, że komuś przyjemność sprawia zadawanie drugiej osobie fizycznego cierpienia? Co powoduje, że komuś sprawia przyjemność bycie poniżanym? Jakiego rodzaju emocje kierują tą osobą, jakie sytuacje uwarunkowały takie preferencje? Na ten moment sadyzm i masochizm ciągle są w klasyfikacji zaburzeń psychicznych ICD-10. Co przyniesie przyszłość, tego nie wie nikt. Można zażartować, że mamy tutaj pewnie do czynienia z 50 odcieniami szarości.

Swoją drogą, tak nijakiej psychologicznie bohaterki jak Anastasia Steele chyba jeszcze w swoim życiu nie spotkałem. Gdybym miał konto na filmwebie, dałbym filmowi 0/10.

W pogoni za pięknem

Witam serdecznie moich czytelników,

Dzisiejszy artykuł jest na temat standardów piękna jakie kultywujemy. Prawdą jest, że każda kultura i epoka ma swój ideał piękna, za którym nieodmiennie goni, w ostatnich czasach jednak, dzięki rozpowszechnieniu środków masowego przekazu mamy do czynienia z sytuacją bezprecedensową. Miliony młodych kobiet są od dziecka uczone, że powinny wyglądać tak, jak piękne kobiety z okładek – to znaczy – nie posiadać żadnych niedoskonałości, mieć idealną cerę, figurę, zero zbędnego tłuszczu, nie wspominając już o celulicie czy innych tego typu kwestiach. Tworzy to w nich często przeświadczenie o własnej niedoskonałości lub poczucie dyskomfortu, który trzeba w jakiś sposób zamaskować. Chcesz sprawdzić tą tezę? Spytaj się jakiejś kobiety, czy jej się podoba jej ciało. Korzystają na tym oczywiście firmy produkujące kosmetyki i cały przemysł związany z operacjami plastycznymi. Wszystko to jest efekt zbiorowego szaleństwa jakiemu poddała się nasza cywilizacja – pogoni za pięknym wyglądem.

Tymczasem jak dobrze wiadomo osobom dociekliwym, gwiazdy kina czy modelki prezentujące się tak wspaniale w kolorowych magazynach czy na ekranie komputera, na codzień wyglądają tak naprawdę zupełnie przeciętnie. Często gorzej niż ta piękna kobieta, która jest tuż przy tobie, a której nie raczysz docenić. Faktem jest, że photoshop zmienił nasze postrzeganie rzeczywistości. Wydaje nam się, że ludzka istota może wyglądać w taki sposób, w jaki jest nam prezentowana. Otóż nie może i nie będzie tak wyglądać. Wiara w to powoduje tylko narastające cierpienie – i u panów, którzy gonią za nieuchwytnym ideałem i którzy rozbijają się raz po raz o mur rzeczywistości i u pań, które ciągle czują się niewystarczająco piękne i nie wierzą nawet w szczere wyrazy zachwytu, jeśli je usłyszą. Podsumowując, nasz obraz piękna jest zbudowany na kłamstwie, co więcej, każe nam wierzyć, że piękna jest tylko jedna figura albo rodzaj urody (tu ukłony do pań mających trochę więcej ciała – jesteście tak samo śliczne). Tymczasem piękno ma wszelkie rozmiary i kształty i jest czymś zupełnie subiektywnym. Ja też będę wyrażał tutaj swoje subiektywne zdanie.

Co się dzieje z młodą dziewczynką, której wpajane jest, że musi się przede wszystkim podobać? Na czym będzie opierać poczucie własnej wartości? Czy będzie ono płynęło z jej wnętrza? Z jakości, które wnosi do świata? Czy będzie chciała rozwijać swoje talenty, stać się szczęśliwą, kochającą jednostką, czy może będzie miała inne priorytety? Jak wiele swojej energii poświęci na to, żeby dostosować się do tego, co wydaje jej się konieczne, aby być zaaprobowanym przez swoich rówieśników? I wreszcie, co byłoby dla niej samej lepsze? Dążyć do bycia „piękną”, czy być szczęśliwą?

Nie wiem jak wam się wydaje, ale dla mnie piękni są ludzie, którzy mają dobre serca. Piękni są ludzie szczęśliwi. Piękny jest „IZ” z nadwagą, za swoje niesamowite wykonanie „Somewhere over the rainbow”. Piękny jest pan, który z życzliwością pomaga starszej sąsiadce w doniesieniu do domu zakupów. Piękna jest pani, która z czułością pomaga swoim dzieciom ruszyć w nieznany im świat. To są jakości, które czynią nasze życie lepszym. Z drugiej strony znam osoby o bardzo atrakcyjnej aparycji (w moim odczuciu), którym do piękna daleko. Osoby, które bez zmrużenia oka skrzywdziłyby innych. Nieszczęśliwe, bądź próżne do tego stopnia, że pod powłoką zewnętrzną niewiele jest już do odkrywania. Zastanówcie się jak sami definiujecie piękno.

Ktoś może pomyśleć – „jasne, jasne, rzucasz tutaj górnolotnymi ideami, a sam na pewno też masz swój ideał urody.” Jasne, że tak. Tak jak każdemu człowiekowi, pewne cechy wydają mi się bardziej atrakcyjne a pewne mniej. Ale to jest dla mnie tylko jeden z elementów układanki. Ktoś może mi się na początku nie spodobać, ale jeśli ma w sobie coś wyjątkowego, co mnie oczaruje, z czasem rzeczy które mi przeszkadzały zaczynają mi się podobać. I na odwrót – po paru rozmowach z jakąś dziewczyną może się okazać, że zupełnie przestała być dla mnie atrakcyjna mimo początkowego przyciągania. Przede wszystkim, drogie panie – szczególnie apel do tych, które czują się nieatrakcyjne, czują się źle w swojej skórze – zamiast gonić za kolejnym odmieniającym życie kosmetykiem czy sukienką, poświęćcie czas na to, żeby zaakceptować siebie. Może się wam wydawać, że żadne z was ideały, ale prawda jest taka, że nic tak nie przyciąga jak kobieta która nie wstydzi się siebie i nie boi się swojego seksapilu. Jeśli spodobasz się sobie, szybko staniesz się czyimś ideałem. Ale przede wszystkim zrób to dla siebie. Daj sobie prawo do szczęścia. Chcemy więcej kobiet, które wierzą w siebie, kipią energią, znają swoją wartość i nie wstydzą się jej pokazywać. Myślę, że kobiety pragną tego samego od facetów. Zostaliśmy tylko zmanipulowani, żeby wierzyć, że bardziej liczą się inne kwestie.

Apel do Panów – doceniajcie piękno kobiet, które wam towarzyszą. Nie dajcie się zwariować medialnym standardom. Jeśli chcecie aby wokół was było więcej wartościowych ludzi, doceniajcie ich częściej za to, kim są i co sobą reprezentują, a nie za to, jak wyglądają.

Na sam koniec zaznaczę, że nie sugeruję wcale aby przestać dbać o swój wygląd. Chciałbym tylko, żeby to częściej płynęło z miłości do siebie i własnych chęci, a nie z wstydu, który zaszczepili w nas inni.

#StopTheBeautyMadness

Wszystkiego dobrego

Gdybym miał coś przekazać ludziom, to powiedziałbym, że w każdym z nas jest unikalny dar. W każdym jest potencjał żeby osiągnąć coś wspaniałego. To mogą być proste rzeczy, jak talent do robienia pysznych naleśników, sprawianie, że twoi bliscy zawsze się uśmiechną, albo wyjątkowa cierpliwość. Wszyscy wnosimy coś do świata, każdy z nas z osobna ma jakąś wartość. Chciałbym żebyście pamiętali, że jesteście wyjątkowi, że macie w sobie potencjał żeby zrealizować swoje marzenia, żeby cieszyć się życiem, które wam dano. Nasze dni nie są nieograniczone. Ten świat to tylko przystanek i warto wykorzystać tą chwilę na coś dobrego.

Chciałbym, żebyście pamiętali, że wasze ciała są świątynią i żebyście je cenili. Chciałbym, żebyście pamiętali także, że jest pojazdem i niezależnie od tego w jakim jest stanie to siła ducha zwycięża.

Nie zaniedbujcie swoich bliskich i doceniajcie każdy dzień. Kochajcie swoich przyjaciół i próbujcie wybaczyć wrogom. Wszyscy byliśmy kiedyś w mrocznym miejscu i wszyscy błądzimy. Ale jesteśmy ludźmi na tej małej łódce i powinniśmy trzymać się razem.

Pamiętajcie, że nie jesteście swoimi myślami. Jesteście więksi i wspanialsi niż wam się kiedykolwiek wydawało. Myśli przychodzą i odchodzą jak dym, a prawda zawsze jest z wami.

Chciałbym żebyście wiedzieli, że miłość zwycięża i uzdrawia. Nie ma większej siły na ziemi. Miłość pomaga pogodzić się z tym co jest. Miłość nigdy nie sprawi wam bólu. Ból sprawia nasza chciwość, nasze przywiązania, nasza próba zawłaszczenia sobie tego co nie nasze.

Nie znam was, ale wiem w tej chwili, że kocham was bardzo.

Jak stać się panem swojego losu?

Dzisiejszy wpis zainspirowany został słowami jednego z największych psychologów XX w., twórcy, psychologii głębi:

„Dopóki nie uczynisz nieświadomego – świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem.” – http://pl.wikipedia.org/wiki/Carl_Gustav_Jung

Jak, w kontekście złych nawyków uczynić nieświadome, świadomym? Przede wszystkim obserwuj uważnie mechanizmy swojego działania. Patrz na to, kiedy zdarzają się zachowania niepożądane, co je poprzedzało? Czego w danym momencie potrzebowałeś? I czy na pewno zaspokoiłeś swoje potrzeby tym zachowaniem?

Podróż wgłąb siebie nie jest łatwa. Prawdopodobnie będzie ci to sprawiało ból. To też przewidział pan Jung. Ból jest nieodłączną częścią dojrzewania. Przestań od niego uciekać, a przekroczysz swoje ograniczenia.

Przesłanie od Pata

Cześć wszystkim!

Dzięki wam za wasze odważne wypowiedzi, zainspirowały mnie żeby podzielić się trochę własnymi doświadczeniami. Przedstawiam parę pomysłów które dla mnie zadziałały – część z nich może zadziałać także dla was.

Po pierwsze uczucia/emocje – są jedynie chwilowe, nie są tobą. Zmieniają się, przychodzą i odchodzą tak jak pogoda – więc kiedy je zauważysz, nie przywiązuj się zbyt mocno do nich i nie identyfikuj się z nimi. Weźmy pod uwagę także „nastawienie”, coś, co jest dla mnie bardziej „trwałym” stanem, niż uczucia (po prawdzie to nasze nastawienie może wywoływać nasze uczucia), więc lepiej nad nim popracować. Nastawienie może pochodzić od decyzji którą podjęliśmy lata (dekady?) temu dotyczącą kogoś/czegoś co się raz wydarzyło i to nastawienie/opinię nosimy w sobie od tamtego czasu – a teraz jest to już zbędne. Rozważ jakie opinie/nastawienia w sobie nosisz i sprawdź czy mogłyby zostać odświeżony do nowszej, bardziej korzystnej dla twojego życia wersji… Korzystając z żargonu komputerowego, po poprzestawać na wersji swojego Ja 1.0, skoro możesz być swoim Ja 7.3? To może pomóc, kiedy przychodzą do was różne uczucia. Można uznać że nastawienia/opinie są jak klimat, natomiast uczucia są jak pogoda, która działa niejako „pod parasolem” tego generalnego klimatu, który dyktuje schematy zachowania się pogody. Na przykład, ja żyję w UK – ciągle tutaj pada! Jeśli naprawdę nie lubię deszczu (lub uznaje deszcz za niekorzystny), mogę albo zmagać się z każdą przydarzającą się mżawką z osobna, i stać się nieźle wkurzonym/rozczarowanym/(wstaw tu własną negatyną emocję) przez to… ALBO, co jest o wiele łatwiejsze, mogę podjąć jedną decyzję i wybrać zmianę klimatu w którym żyję (przeprowadzić się o parę km, przenieść się na inny teren, czy nawet do innego „emocjonalnego kraju”!, wracając od metafor klimatycznych z powrotem do emocji i nastawień). Nastawienia/Przekonania mogą być o wiele bardziej utrwalone niż uczucia – to trochę tak jak z lodem i wodą, albo betonem wyschniętym i betonem płynnym.

Dodatkowo – jedna ostatnia rzecz… Etykietki, uważajcie na nie. Ktoś użył frazy „my Nałogowcy”. 1. Proponuję nie etykietkować siebie (lub kogokolwiek innego) tym słowem na „N” – nikomu to nie pomaga. Może być to użyte jako wymówka żeby się nie zmieniać, albo jak coś wpływającego na twoją tożsamość („Jestem tylko N.., a N… robią tamto i siamto”). Zamiast określać się słowem na „N”, przyjmuję taką postawę: wszystko to wydarzyło się, z powodu pewnych problemów emocjonalnych, których doświadczyłem we wcześniejszych fazach życia, w których to wybrałem coś co sprawi, że poczuję się lepiej. Z czasem zacząłem korzystać z tego jeszcze bardziej, ponieważ w tamtym momencie nie miałem lepszej wiedzy na temat siebie samego oraz alternatyw. Używałem tej rzeczy, aż z czasem zeszła ona do tła mojego życia, stała się nawykiem. W końcu zauważyłem, że ten nawyk mnie ogranicza w wielu dziedzinach mojego życia i próbowałem wszystkiego aby się go pozbyć. W końcu spotkałem Craiga i rozpocząłem uważną pracę nad tym nawykiem. Teraz wykonuję pracę nad swoimi emocjami (i postawami/opiniami które z nich wynikają), które są podłożem nawyku i zmieniam swój styl życia, aby wzmocnić nowe postawy i opinie.

Następna kwestia – granice – musisz mieć pewność, że dostrzegasz różnicę pomiędzy sobą samym a innymi. Narysuj okrąg na kawałku papieru i napisz na nim „Ja” a następnie narysuj drugi okrag i napisz na nim „Ktoś inny”. Rozdziel, rozróżnij, wypełnij. Jeśli w twoim okręgu są dziury (brak granic), ktoś może zyskać dostęp do twojej osobowości i zacząć nią manipulować – musisz sam decydować, na kogo się otwierać i w jakim stopniu! Uwaga na marginesie – trzeba odnaleźć równowagę pomiędzy kompletnym zamknięciem się na ludzi (byciem emocjonalną wyspą), a zdrową komunikacją i interakcją z drugim człowiekiem – baw się procesem poszukiwania tej równowagi! Upewnij się, że znasz dobrze swoich 6 podstawowych potrzeb (są wymienione poniżej) – musisz je znać jak własną kieszeń. Wtedy, kiedy pojawiają się zapalniki, będzie ci łatwo stwierdzić, czego dana składowa osobowości tak naprawdę chce (w dowolnej kolejności: rozwoju, bycia ważnym, stabilności, wkładu w życie innych, różnorodności/ekscytacji, miłości/bliskości.) i zapewnić to jej w taki czy inny sposób. Rozmawiaj ze swoimi składowymi – nie walcz z nimi ani nie próbuj ich likwidować! – one są częścią ciebie i zawsze nią będą. To właśnie różnorodne składowe czynią nas ludzkimi i każdy z nas je posiada w takiej czy innej formie (prawdopodobnie są one dość podobne, ale manifestują się dla każdego z nas w trochę inny sposób – w końcu wszyscy mamy takie same podstawowe potrzeby, a one wyrażają się, czy też są uosabiane, poprzez nasze składowe w różny dla każdego sposób, zależnie od naszej historii i osobistych doświadczeń ). Wydaje mi się, że nasze potrzeby są jak projektory, wyświetlające różne składowe naszej osobowości na ekranie (jak w kinie – mamy różnych aktorów), komunikując się w ten sposób z nami. Nasze potrzeby nie potrafią mówić słowami, więc wyświetlają poruszające się postacie na ekranie świadomości, aby z nami się komunikować… Spróbuj przetransformować/zamienić swoje potrzeby i pragnienia w coś pozytywnego i pro-aktywnego: dla przykładu, mam składową którą nazywam Buntownikiem (lubi przeszkadzać i odcinać się od innych, a potem stać z boku i śmiać się z dumą z tego co narobił). Moja relacja z Buntownikiem była mieszanką miłości i nienawiści, ponieważ przeszkadzał kiedy tylko próbowałem zrobić po raz kolejny jakieś żmudne zadanie w pracy. Rozumiem teraz, że to czego potrzebuję w takich sytuacjach to różnorodność, więc czytam coś interesującego, albo zajmuję się innym zadaniem przez chwilę, kiedy on się pojawia. Ponadto, chcę mieć pewność, że jego potrzeby są zaspokojone, więc w wolnym czasie szukam okazji do do pisania skeczów komediowych i rozwijania swojej przedsiębiorczości – staram się robić cokolwiek, co jest sposobem na pozytywną, kreatywną przerwę od obowiązków.

Kolejna kwestia – cele – całkowicie polecam metodę SMART, warto jednak pamiętać o tym, aby te cele cię poruszały, były czymś ważnym, inspirowały do działania (inaczej się nimi nie zajmiesz!). O potrzebie autentyczności i zaangażowaniu emocjonalnym wspomnę jeszcze niżej. SMART TMI (Smart me?) byłoby świetnym skrótem żeby to zapamiętać. Wybieraj cele (postawa aktywna), zamiast je przyjmować (postawa pasywna). Nawet jeśli masz przed sobą tylko jedną opcję, z której nie jesteś do końca zadowolony, wybierz ją aktywnie, dosiądź jej i okiełznaj jak dzikiego rumaka i ciesz się jazdą. I rób to (tak jak i wszystko inne) w sposób autentyczny. Uważaj na maski (czy też gęby, jak to Gąbrowicz lubił ujmować – przyp. Tłumacza), robienie czegoś w sekrecie i brak autentyczności. W ten sposób unikniesz bycia kimś pasywnym, ofiarą, kimś komu życie się tylko przydarza, kimś kto pozwala sobie na użalanie się nad sobą, a staniesz się kimś kto żyje pełnią swojego życia i możliwości. Autentyczność/Spójność jest wszystkim – bądź obecny, aktywnie wybieraj i uczestnicz w tym, co wybrałeś w pełni (zamiast po prostu „odklepać” swoje), lub nie rób tego wcale (ponownie, aktywny wybór)! Myślę o tym trochę jak o kole w rowerze – jeśli wszystkie szprychy są mocne, koło się porusza i wszystko sprawnie działa… jeśli jedna ze szprych jest słaba, koło nie porusza się tak dobrze i jazda staje się zmaganiem. Łatwiej naprawić koło niż zmagać się z nim do końca życia! Krótka notka na marginesie: Spójność/Autentyczność nie jest tym samym co Moralność! Autentyczność oznacza coś co dla ciebie działa (jak w przykładzie z kołem), a nie koniecznie coś, co cię uczyni lepszym człowiekiem (to zadanie należy do Etyki, która jest osobną dziedziną życia).

Uważaj na krytykowanie innych w swojej głowie – to bardzo kuszące, ale jest to jedynie wymówka by samemu poczuć się lepiej ze sobą. To się oczywiście zdarza każdemu i nie biczuj się za to w myślach – zawsze po prostu zauważaj i ulepszaj, zauważaj i ulepszaj, zauważaj i ulepszaj – i tak w nieskończoność. Bądź obecny i dostępny emocjonalnie dla innych (AKTYWNIE wybierz bycie obecnym i dostępnym emocjonalnie dla innych zamiast po prostu być nieobecnym i zdystansowanym). To uchroni cię przed byciem oziębłym emocjonalnie, co dla mnie osobiście zawsze jest powodem do ucieczki w P. Patrz na przełomy (już ich wiele miałeś i na pewno będziesz mieć jeszcze więcej!) i ciesz się lekcjami jakie przynosi ci życie za każdym razem…

Mam nadzieję że to komuś pomoże… Jeśli nie, jestem pewien, że tak zaradne osoby jak wy, z pewnością znajdą inspirację w innym miejscu! Nie poddawajcie się!

Pat B.

Blog na WordPress.com.

Up ↑